|
poniedziałek, 28 stycznia 2008
eastern promises
![]() casting mistrzowsko przewidywalny. vincent cassel znowu zły, naomi watts jak nikt inny nadaje się do roli denerwująco naiwnej i głupiutkiej osoby, która pakuje się w kłopoty (patrz: Mulholland Drive), a viggo mortensen to drugi daniel-day-"metoda"-lewis - jak informuje imdb.com pojechał na Syberię bez tłumacza, nauczył się rosyjskiego, obwiesił swoją przyczepę ikonami, itp.. nie mówiąc o tym, że bez dublera zagrał zupełnie nago w bardzo realistycznej i krwawej scenie walki. słowem - od razu posypały się nominacje i nagrody. zresztą trzeba przyznać, że wszyscy aktorzy mówią po rosyjsku bardzo sprawnie (przykładowo panu jerzemu skolimowskiemu nie było chyba trudno opanować "job twoju mać!"), a viggo rzeczywiście jest udanie przeobrażony. thriller o mafii, a napięcia brak (film był przewidywalny nawet dla mnie - a nie jestem znawczynią gatunku), użycie voice-over zupełnie zbędne (słyszymy głos zabitej zmarłej dziewczyny, tekst jej pamiętnika; swoją drogą pisanego po rosyjsku, a głos mówi po angielsku z rosyjskim akcentem... ech!). ale może warto obejrzeć Eastern Promises dla wspomnianej wyżej sceny walki, dla tego zupełnie obcego świata rosyjskich emigrantów i jego dziwnej egzotyki. ciekawe co na to prawdziwi rosyjscy mafiozi (jeśli tacy w ogóle istnieją..)? on a clear day you can see forever
![]() to jeden z tych filmów, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, gdy byłam dzieckiem, ale teraz - po latach - okazał się być słodszy niż pamiętałam. może dlatego, że barbra nosi kolorowe trapezowe miniówki, białe rajstopy i białe lakierki, a może to zasługa uroczego ivesa montanda.. a do tego jeszcze te cudowne piosenki (z tytułową na czele)! cudo.
czwartek, 24 stycznia 2008
elisabeth - złoty wiek
dlaczego? dlaczego? dlaczego zgodziłeś się w tym zagrać, clive? czy nie dało ci do myślenia, że twój bohater (pirat - filozof...) wypowiada kwestie w stylu: siedzimy sobie niewinnie w kinie, śmiejemy się z zajawki filmu Atonement, a tu nagle (i to bardzo szybko) okazuje się, że to nam zgotowano pokutę. Królowa Elżbieta, cud-kobieta, tolerancyjna, acz bojowa feministka, demokratka - słowem wzór nowoczesnej kobiety - to tak naprawdę krucha istotka, która potrzebuje czułości (czyli pocałunku, o który musi POPROSIĆ). jej tak śmiałe decyzje nie wynikają, jak się okazuje, z jej siły, ale ze związku-niezwiązku z mężczyzną. bo czyż nie wszystko się kręci wokół penisa, nawet w świecie królowej-dziewicy? a jakże! no i do tego jeszcze płoną flagi świętej wojny, cate blanchett wybiega na wybrzeże w królewskiej koszuli nocnej (wybaczcie, ale od razu skojarzyła mi się z annie lennox w przecudownym teledysku eurythmics here comes the rain again), maria stuart jest super czarnym charakterem (samantha morton ze szkockim akcentem) dopóki jej nie ścinają i staje się święta, i tak dalej, i tak dalej.. dobrze, że clive ZAWSZE wygląda dobrze, cate ZAWSZE ma piękny akcent, a ja już NIGDY nie obejrzę tego filmu..
motyl i skafander
tytuł filmu brzmi tak beznadziejnie ckliwie i grafomańsko, że miałam wrażenie, jakby każdy facet na widowni lekko wstydził się, że przyszedł na jakiś, za przeproszeniem, melon. niemniej, film ten okazał się być daleki od łzawego sentymentalizmu. nawet więcej - jest to ładunek optymizmu, energii i życia. czyli coś, co dla nas - marudów, malkontentów, pesymistów i nudziarzy - może być nawet trudniejsze do zniesienia niż, dajmy na to, nowy romans z keirą knightley... nie, nie. Motyl i skafander to naprawdę zabawny i ciepły film o sytuacji bynajmniej niezabawnej. nie mówiąc już o tym, że cudownie zobaczyć na ekranie Maxa von Sydowa, i to w uroczej roli ojca głównego bohatera. jeszcze jedno (to dopiero zabrzmi ckliwie, hehe, ale to prawda) - obraz zrealizowano niezwykle pięknie, podejrzewam, że Kamiński miał wiele radości z pracy przy tym projekcie.
piątek, 23 listopada 2007
1408
film dla wszystkich fanów strachu rodem z wesołego miasteczka. reszta będzie się denerwować, dlaczego scenarzysta nie zajął się strajkiem zamiast pisać takie nieświeże bzdury (patrz: zakończenia). dla mnie tylko dwie sceny były "prawdziwie" straszne: 1. oglądanie plam krwi niewidocznych w normalnym świetle; 2. gdy ojciec bohatera mówi: "byłem jaki jesteś, jestem jaki będziesz". reszta jednej wzmianki niewarta, a samuel l. jackson nieudolnie kopiuje niedoścignioną kreację roberta deniro z filmu Harry Angel. buuu.
poniedziałek, 15 października 2007
gwiezdny pył
![]() ![]() film strasznie długo się rozwija (czytaj: pierwsze 0,5h nuuudaaaa!), ale potem jest już bardzo zabawnie (chociaż przyznaję, że wielokrotnie mój śmiech samotny wybrzmiewał, hehe). szkoda, że Ruperta Everetta tak mało. Robert DeNiro oczywiście cudowny. gdyby jeszcze muzyka nie była taka nachalna w sekwencjach typu "ktoś jedzie konno", "mija czas", itp, to myślę, że więcej osób by wyszło z kina zadowolonych. ja w każdym razie wykazałam się cierpliwością (wstrzymałam się z narzekaniami podczas początkowych nudziarstw) oraz wyrozumiałością (udawałam, że niczego nie zauważam jak mi w uszach smyczki i dęciaki dudniły) i dzięki temu bardzo przyjemnie mi się oglądało! katyń
Ewa wprowadziła nam tutaj terminologię reklamowo-marketingową, zatem proszę. jeśli Transformersi to film wysoce stargetowany, to Katyń tym bardziej. film ten usatysfakcjonuje jedynie członków wycieczki szkolnej (a takich będzie pewnie mnóstwo!!) oraz tych, którzy należą do grupy ludzi osobiście dotkniętych zbrodnią katyńską. dlaczego? widz nr1 wpisany w film to 13-latek, który raczej nie czyta lektur szkolnych, a nawet jak czyta, to nic nie rozumie. dlatego też mamy szybki bryk z Antygony, nachalny do bólu, więc istnieje szansa, że jeśli nawet widz nr1 nie zorientuje się w pierwszej chwili, że mamy do czynienia z Antygoną z krwi i kości, to za chwilę dostanie podpowiedź z ust aktorki teatralnej, następnie krótki cytat, a na koniec napis na cały ekran (afisz teatralny). uff, wiedza utrwalona! do tego jeszcze wielokrotnie widzowi nr1 powtarza się pewne informacje (chyba z obawy, że widz nr1 wolno czyta, ma ADHD, właśnie rozsypał czipsy, itp.), co dla widza spoza kategorii staje się obraźliwe. natomiast o widza nr2 zadbano poprzez przecudowne sceny z rodzaju "symbolika według Wajdy" czyli mamy figurę Jezusa pod żołnierskim płaszczem, dłoń z różańcem wystającą spod piasku zbiorowego grobu, rozerwanie polskiej flagi na część białą (do obandażowania stopy) i czerwoną oraz parę innych, równie pięknych. a co zostało dla mnie, widza zignorowanego? kiepskie aktorstwo. nigdy nie zrozumiem, dlaczego o Mai Ostaszewskiej panuje powszechna opinia, że jest dobrą aktorką. bo akurat miała szczęście, że była dziewczyną Barczyka, gdy ten zrobił Patrzę na ciebie, Marysiu i Przemiany? nasza Maja kochana kładzie cały film, a patrzenie na nią boli. Danuta Stenka gra na najwyższej nucie, nie wiadomo dlaczego (gdzie był reżyser???). cała reszta stara się trochę subtelniej, a i tak najlepiej wypada Sergei Garmash. bardzo to przykre, szczególnie, że w Katyniu gra prawie każdy znany polski aktor (jedynie bidulek Szyc się nie załapał). czy to oni nie potrafią grać, czy nasz laureat Oscara nie potrafi reżyserować? hmm.. pierwszej sekwencji, żałosnej po prostu, nie wspomnę. napiszę za to, że jedyna scena, która niesie w sobie choć trochę prawdy i emocji(chociaż trzeba przy tym ignorować Maję), a ponadto nie jest tak oczywista jak cała reszta, to ta, gdy oficer grany przez Żmijewskiego nie chce uciekać mimo próśb swojej żony (choć teoretycznie mógłby). ale i tutaj musimy na koniec dostać po oczach nagłym pojawieniem się małej córeczki, żeby cień prawdziwego wzruszenia zamienić na Patos przez wielgachne Pe. i tutaj mamy przejaw choroby polskiej kinematografii. jak już robimy wysokobudżetowy film, ze skanem 4K, inscenizacją, która rzeczywiście wymaga jakichś kompetencji od twórców, itd., to to po prostu musi być naznaczone patosem w każdej klatce. ale że w takiej superrozdzielczości nadal widać grę aktorów, to już realizatorzy jakby zapomnieli. ale cóż, mogę sobie tu pisać wyrażając opinię wielu zignorowanych widzów, a i tak twórcy pozostaną z siebie zadowoleni, opinia publiczna przyzna Katyniowi Oscara, a Maja Ostaszewska to dobra aktorka..
wtorek, 21 sierpnia 2007
transformersy /b./
jak modne są lata 80te to na całego. transformersy są 80s to mamy i film o transformersach. i to jest super-80s movie: kość jak kostka lemarchanda, zawiązanie akcji z samochodem jak z 'christine', jeden z robotów zrobiony wyraźnie na gremlina, żołnierz strasznie do michaela biehna podobny itd. aż się chce najlepsze filmy jamesa camerona znów obejrzec. b.
niedziela, 19 sierpnia 2007
transformers
projekcja cyfrowa - żadnych brudów, pasów, nagłych zmian rolki. to tyle właściwie. żadnego dyskomfortu, nawet nie zauważyłam tych niby nieczarnych czerni. co do samego filmu to zaskoczył mnie nie niesamowitymi efektami specjalnymi - przecież od takiego filmu oczekuje się najbardziej efekciarskich efektów, jakie są tylko możliwe (spróbujcie bez bólu obejrzeć potem Harry'ego Pottera i kamień filozoficzny brrrr!), ale scenami aktorskimi - świetnie zagranymi i arcykomicznymi (John Torturro!). Naprawdę, bawiłam się przednio, a może zaznaczę, że autoboty nigdy mnie nie kręciły, nie interesuję się w ogóle sprzętem wojskowym (to się nazywa defilada promująca wojsko!), a samochody dzielę na srebrne i inne (darujcie tę drobną przesadę). po prostu myślałam, że się okrutnie wynudzę wsadzona w środek chłopięcego świata, a tu proszę. a Łukasz bez niespodzianki - jest absolutnie zachwycony!
czwartek, 16 sierpnia 2007
słaby punkt
w tęsknocie za dobrym kinem sensacyjnym dobry nawet thriller sądowy! a Słaby punkt wcale słaby nie jest (wbrew recenzjom Gazety Wyborczej). duet Hopkins - Gosling jest świetny (prawie jak Hepburn - Tracy, hehehehhe) i dla nich właściwie warto obejrzeć ten film. do tego jeden naprawdę denerwujący suspens (nie wejdę w opis, żeby niczego nie zdradzić), co się chwali, a i żarciki wielce udane. słowem - w tym martwym sezonie miło się dobrze bawić w kinie, czego tacy Simpsonowie bynajmniej zapewnić nie mogli (nie mówiąc o Spidermanie 3). Ryan Gosling już w Fanatyku robił wrażenie, a tutaj jest jeszcze lepszy jako młody cwany karierowicz. polecam!
zodiak
nadrabianie zaległości zacznę od najnowszego Finchera, bo jednak wszyscy czekaliśmy na ten film (podobnie jak na Źródło Aronofsky'ego). film całkowicie zrobiony kamerą cyfrową - rejestrowany na dyskach, żadnej taśmy, żadnej tajemnicy (chociaż już dawno nie można mówić o tajemnicy podczas realizacji filmu - dziś cała ekipa może sobie obserwować na podglądzie efekty pracy na bieżąco, już nie ma wieczornych projekcji urobku dziennego, gdzie reżyser i operator siedzieli jak na szpilkach w oczekiwaniu na to, co się tam, cholera, zarejestrowało). a propos cyfryzacji kina, ostatnio zastanawialiśmy się nad pójściem na cyfrową projekcję Harry'ego Pottera i Zakonu Feniksa, co zaowocowało długą dyskusją o naszym stosunku do cyfry. bo co to tak naprawdę dla kina oznacza? przecież to dobrze, że najnowszą superprodukcję dzięki przesyłowi satelitarnemu będzie można obejrzeć w dniu premiery nawet w kinie Bajka w najgorszej polskiej pipidówie. co właściwie my, widzowie, stracimy na odejściu od kręcenia na taśmie filmowej? będziemy mieć bardziej stabilny obraz, żywsze kolory, pan obsługujący projektor nie zaskoczy nas swoim brakiem umiejętności w najbardziej emocjonującej chwili, a różnica w jakości obrazu będzie niedostrzegalna. więc o co tak naprawdę chodzi? o "magię"? (piszę to z pozycji osoby, która też czeka z obawą na te zmiany, bo że nastąpią - to pewne) Zodiak to dowód na to, że cyfrowemu obrazowi żadnej magii nie brakuje. film przywołuje lata 70-te, klimat Wszystkich ludzi prezydenta, klasykę. intryga kryminalna, śledztwo obsesyjnie prowadzone przez głównego bohatera wydaje się całkowicie wypełniać narrację, a jednak znajduje się w niej miejsce na komizm (szczególnie wnoszony przez postać Roberta Downeya Jra), co ostatnio bardzo cenię (nie komizm jako taki, ale umiejętne wplatanie go w "poważne" gatunki). do tego to przyjemne uczucie kontaktu z solidną robotą reżyserską - całość świetnie zagrana (Marc Ruffalo!!!!), przemyślana, dojrzała. jakby się oglądało klasyk, którym na pewno ten film się stanie. a to wszystko bez tej czarownej, magicznej taśmy, której twórcy tak kurczowo się wciąż trzymają. ciekawe...
wtorek, 17 lipca 2007
ubu król
świetne. gdyby powstał gdziekolwiek w europie byśmy wrzeszczeli że rewelka, a tak znam jedną osobę która 'ubu' widziała. szulkin ma zwalające z nóg poczucie humoru i tu to widać w rozciągłości całej. terry gilliam by się nie powstydził! b. ps. i maria pakulnis wreszcie inna niż w 'pajęczarkach':)
środa, 30 maja 2007
przypadek harolda cricka
![]() Emma Thompson rulez! a według IMDB występuje w tym filmie bez makijażu, więc tym bardziej. szczerze przyznam, że spodziewałam się nieco lepszego filmu czyli przeżyłam lekkie rozczarowanie. wspomniana Emma i Dustin Hoffman oczywiście są świetni, naprawdę zabawni. niemniej film dość wolno się rozwija, staje się interesujący dopiero po jakimś czasie. w każdym razie te kilka naprawdę dobrych momentów poprzetykane jest nieco nudnawymi, jałowymi. happy end, który drażnił niektórych recenzentów łagodzi fakt, że postać pisarki musi coś dla tego happy endu poświęcić, zrezygnować ze swoich artystycznych zamierzeń, którymi (jak się zdaje) żyje. czyli film w porządku. tylko czy ambitnego reżysera zadowala efekt pt. "może być"? zapowiadało się coś więcej.. piraci z karaibów - na krańcu świata
![]() Trzecia część Piratów zdecydowanie lepiej się udała niż druga. Dziwne, że dopiero tym razem w pełni zauważyłam genialną grę Geoffreya Rusha, który momentami wzbudza większy podziw i entuzjazm niż Arcypirat Johnny Depp (który oczywiście stanowi główną atrakcję filmu). Za to w tej części Stellan Skarsgard kompletnie bez wyczucia. Co do tzw. special appearance Keitha Richardsa to zupełnie mnie nie ruszyło - może dlatego, że nigdy nie byłam fanką The Rolling Stones - nawet Angie w wykonaniu Tori gra mi lekko na nerwach.. Tak czy inaczej to zupełnie nie to, co Bruce Willis w Ocean's Twelve :)
piątek, 18 maja 2007
|
Archiwum
Zakładki:
PRZYJACIEL-KA
ULUBIONKI
|